Po zdrowie i młodość …do komory!

O komorze hiperbarycznej słyszałam już bardzo dawno temu, jeszcze w dzieciństwie. Zabiegi te  stosowano u osób z ciężkimi poparzeniami, u ofiar zatruć np. tlenkiem węgla, czyli w przypadkach, gdzie w grę wchodziło ratowanie życia. Sprzęt posiadały nieliczne specjalistyczne ośrodki w Polsce. Nie myślałam, że komora „trafi pod strzechy” i kiedykolwiek będę miała możliwość skorzystania z jej dobrodziejstw nie będąc ofiarą wypadku.

Na czym polega jej cudowne działanie? W warunkach podwyższonego ciśnienia wdychamy czysty tlen, który pobudza organizm do regeneracji i „walki”, czyli działa na system immunologiczny. Komorę zaleca się pacjentom po urazach i interwencjach chirurgicznych (wspomaga gojenie i rekonwalescencję), przy problemach z krążeniem, cukrzycy, w przypadku traktowanej jako nieuleczalna łuszczycy, a nawet dzieciom…. z autyzmem i porażeniem mózgowym. Pisałam już o 2-letnim chłopczyku, gdzie po kilku seriach komory łuszczyca ustąpiła o 80%. Słyszałam też, że dziecko z autyzmem wymówiło swoje pierwsze słowa po kuracji HBOT (tak w skrócie nazywają się te zabiegi). Nie ukrywam, że w tej chwili interesuje mnie najbardziej inny aspekt zabiegów w komorze - odmłodzenie organizmu. Z wypowiedzi lek. med. Piotra Zydronia dowiedziałam się bowiem, że „tlen hiperbaryczny stymuluje metabolizm, wzmaga powstawanie nowych naczyń krwionośnych, zwiększa aktywność enzymatyczną oraz stymuluje syntezę kolagenu (regeneracja wiązadeł, ponadto kolagen odpowiedzialny jest za elastyczność skóry), zwiększa uwalnianie komórek macierzystych ze szpiku i wzmaga procesy naprawcze DNA”.

Brzmi obiecująco. A moje wrażenia?

Najpierw zdjęcia:

20140320151901_Migawka

20140320151901_Migawka (2)

Przed wejściem do komory przebieram się legginsy i koszulkę.  Po pomiarze ciśnienia (zazwyczaj mam dość niskie i często proszę o zmierzenie drugi raz, już po zabiegu), przykryta ciepłym kocykiem, kładę się na wąskim łóżku, które jest wsuwane do szklanej, zaokrąglonej kapsuły. Na twarzy mam przymocowaną maskę, przez którą wdycham czysty tlen. Komora zamykana jest jak właz do łodzi podwodnej – hermetycznie. Będąc w środku, nie słyszę żadnych odgłosów z zewnątrz. Na pierwszym zdjęciu widać, jak pan Rafał – operator komory, porozumiewa się ze mną przez słuchawkę, bo tylko tak mogę coś usłyszeć. Pyta o moje samopoczucie i czy nie bolą mnie uszy. To może się zdarzyć, bo ciśnienie jest podwyższane do ok. 1,2 atmosfery i wrażenia są podobne do tych ze startującego samolotu. Gdy zatykają się uszy, prowokuję ziewanie i to pomaga. Na szczęście nie mam żadnych nieprzyjemnych uczuć związanych z bólem. Czuję delikatny chłodek „w środku” przechodzący przez  gardło, głowę i płuca.

Z komory wychodzę orzeźwiona i jakby „żywsza”, podnosi się moje niskie ciśnienie, mam wrażenie ogólnego „przewentylowania”, przewietrzenia całego organizmu. To nie jest tak, że po jednej  komorze zaczynam lewitować, ale efekty po serii zabiegów mogą być spektakularne. A przecież mobilizuję swój organizm do ogromnego wysiłku: do przejścia na tryb „turbo-diesel” i spalenia niechcianych „zapasów”, wyrzucenia zastałych złogów i przyśpieszenia metabolizmu. I mam nadzieję, że magiczna kapsuła-  obsługiwana przez zespół przesympatycznych ratowników medycznych, mi to ułatwi..

 

 

 

 

 

Marzena MrozowiczPo zdrowie i młodość …do komory!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *